Dzień jak co dzień

W końcu! Dzisiaj mam luźny dzień. Zajmę się samochodem, pozałatwiam kilka spraw na mieście i odetchnę trochę za kierownicą. W końcu nie ma nic przyjemniejszego niż relaks za kółkiem. Pogoda ładna, czasu dużo, co może pójść nie tak?

Przez pryzmę ziemi i resztki asfaltu dokopuję się do drzwi samochodu. Cóż, widocznie drogowcom tak było wygodniej. Uznali, że piątkowy poranek to najlepszy moment na łatanie dziur w centrum miasta. Trzech patrzy, jeden robi… Widocznie jakaś poważna sprawa. Ruszam. Nie, żebym się jakoś specjalnie starał, ale trafiam akurat w sam szczyt. Ale przecież szczyt na warszawskich ulicach od jakiegoś czasu trwa przez cały dzień. Jadę. To znaczy stoję, bo najpierw trzeba się włączyć do korka. Łatwo nie jest, bo każdy w tym korku bardzo się spieszy i patrzy na wszystko tylko nie na moje błagalne spojrzenie i migający kierunkowskaz. No i wszyscy oczywiście jak zawsze jadą dokładnie tam gdzie ja.

Dobra, trochę się rozluźniło. Można komfortowo wrzucić trójkę. Obok sam ze sobą ściga się kalesoniarz na ostrym kole. Jest zawzięty, bo idzie pod wiatr. Widocznie nie zauważył, że obok ma ścieżkę rowerową. Za nim kierowca autobusu, któremu ze złości ścina się białko w gałkach ocznych. Stajemy na światłach. Grupka pieszych wchodzi na zebrę, bezmyślnie patrząc w ekrany telefonów. Dwóch wpada na siebie, pozdrawiają się infantylnym uśmiechem i ruszają dalej wracając do gapienia się w ekrany smartfonów. Czerwone światło dłuży się niemiłosiernie. Kalesoniarz na ostrym kole „myk” na przejście dla pieszych, na drugą stronę skrzyżowania i już jedzie dalej. Po chwili dochodzimy go z autobusem i znów to samo. I do następnych świateł.

Mija 20 minut a ja ujechałem może 5 km. Podjeżdżam pod dystrybutor na stacji benzynowej. Ktoś przede mną zatankował za całe 25 zł. Zerkam na cenę litra. Granica psychologiczna sześciu złotych wisi w powietrzu. Niech wisi, na razie spokojnie tankuję za mniej więcej tyle, co w cywilizowanych krajach, no ale tam ktoś wpadł na pomysł, że jak rosną ceny, to razem z wynagrodzeniami. W kolejce do kasy facet przede mną wykłada drugiemu, który wygląda na jego szwagra, swoje mądrości. On nie widzi potrzeby kupowania nowych opon. Ostatnio podjechał do wulkanizatora i ten pogłębił mu docinarką bieżnik w przechodzonych gumach. Drugi natomiast, zapytany przez pierwszego o rozwinięcie skrótu M+S na oponie zimowej, po chwili namysłu wypala: miasto + szosa. Fachowcy… Ruszam dalej analizując intensywnie gdzie są najmniejsze dziury. Wybieram wariant z większymi dziurami. Te przynajmniej widać i łatwiej omijać.

Toczę się nienerwowo prawym pasem. Nie żebym jakoś specjalnie słuchał znaków, po prostu lewy jest zamknięty. Roboty jakieś, ale poza słupkami nic nie widać. W przeciwnym kierunku, z prędkością autostradową, przelatuje jakiś dzieciak w pełnoletnim BMW a zaraz za nim nieoznakowany radiowóz z kamerą. Też autostradowo. Jest James Bond bez pasów, który załatwia swoje sprawy bez zestawu głośnomówiącego i kilku cyklopów, bo mają za duże dłonie żeby wymienić żarówkę bez krwawych ran. Jest wszystko. Jak mawia każda matka na widok bałaganu w dziecięcym pokoju… jeszcze tylko nasrać na środku.

Do myjni kolejki jak po paliwo za komuny a to tylko weekend się zbliża. Wiadomo, w weekend samochód musi być czysty. Kół też nie dopompuję, bo ukradli końcówkę do kompresora. Może chociaż kawę? Szkoda czasu, bo już w drzwiach zaczyna się kolejka po hotdogi. Jadę dalej. Mijam rząd samochodów, których właściciele po pracy będą szczuplejsi o 50 zł od łba. Straż miejska wlepia mandaty na ślepej osiedlówce, no ale zakaz zatrzymywania jest? Jest. I oni też na tym zakazie, i bardziej na środku drogi niż na poboczu, no ale na awaryjnych, więc uprzywilejowani. Oni mogą. Porządku pilnują.

Powoli zapada zmrok. Wracam na swoje osiedle. W ciągu dnia nie zrobiłem nic konkretnego, a czuję się jak koń po dobrym westernie. Dostawca pizzy na chińskim skuterze z przepalonym tłumikiem szuka między blokami właściwego adresu. Dobrze, tylko dlaczego tak piłuje ten biedny silnik? Obok dwóch „inżynierów” dzieli się prądem z akumulatora nie zważając na to, że inni zamiat przejechać, patrzą na ich gimnastykę, bo miejsca na przejazd brak. Jest późny wieczór. Znowu parkuję na kupie ziemi pod domem, bo drogowcy w ciągu dnia nanosili jeszcze jakieś poprawki. Ech, dzień jak co dzień…

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s